Grzegorz Kaźmierczak o nowym albumie Variété [WYWIAD]

Rzadko kiedy, zespoły muzyczne mają tyle odwagi, by po komercyjnym sukcesie znacząco zmieniać swoje brzmienie. Zespół Variété powstał w 1983 roku, rozpoczynał od brzmień nowej fali i już po dwóch latach działalności został uhonorowany na Festiwalu w Jarocinie. Prekursorzy polskiej „zimnej fali” nie zatrzymali się jednak w czasie. Ewoluowali, mieszali i zmieniali styl, czego efektem jest niedawno wydana płyta zatytułowana „Sieć Indry”. Więcej o tym jak powstawała, opowiedział w rozmowie lider zespołu – Grzegorz Kaźmierczak.

Robert Manderla: Macie za sobą, jako zespół Variété, niedawną premierę albumu „Sieć Indry”. Ciężko znaleźć drugi album nagrany w takim stylu. Ten efekt można było osiągnąć między innymi dlatego, że jesteś zarówno muzykiem, jak i poetą.

Grzegorz Kaźmierczak: Od wielu lat staram się łączyć. Pisanie wierszy i ich prezentowanie wraz z muzyką, to moja droga. Wzięło się to stąd, że równolegle rozwijała się u mnie miłość do poezji i do muzyki. Cała sztuka polega na tym, że muzyka plus teksty nie powinny się sumować, tylko powinny się mnożyć. Czyli powinna powstawać trzecia, zupełnie oddzielna wartość. A dzieje się tak, kiedy muzyka i tekst są w symbiotycznym związku. Wydaje mi się, że udaje się osiągnąć ten efekt.

RM: Masz na swoim koncie kilka tomików. Ale z tego co słyszę, to więcej jest satysfakcji daję ci mimo wszystko łączenie wierszy z muzyką.

GK: Tak. Teraz w Instytucie Mikołowskim, w styczniu wychodzi kolejny mój tomik. Natomiast życie poety składa się z tego, że albo ktoś zapozna się z wierszami, czytając tomik, w swoim domowym zaciszu albo są jakieś wieczory autorskie. Siła wyrazu jest o wiele większa na koncercie, kiedy śpiewam swoje wiersze, niż kiedy siedziałbym na scenie w fotelu i je czytał.

RM: Jak wygląda proces tego wyboru tekstów, które idą „na konto” Variété? Czy jest jeden taki zeszyt, w którym piszesz wszystkie teksty i myślisz sobie okej – to możemy zmienić w wersję muzyczną, a to na przykład pójdzie tylko do tomiku? Czy to są w ogóle dwa zupełnie inne światy?

GK: Czuję się poetą. Mam te wszystkie pomysły zapisane w komórkach, na iPadach, w zeszytach i notesach. No i w momencie, kiedy powstaje płyta, to wydaje mi się, że po prostu wiem o czym jest ta muzyka i staram się dopasować odpowiedni tekst, który już został napisany. Choć czasem zdarza się, że na potrzeby konkretnego utworu, pisze tekst specjalnie. Natomiast tak naprawdę 90 procent tekstów, które są na płytach, to są teksty, które zostały już wcześniej napisane w tym okresie pomiędzy płytami. Staram się nie śpiewać jakichś starszych tekstów, tylko te najbardziej aktualne. Rozwijamy się cały czas. Nasza świadomość, odczucia i przemyślenia na temat świata i samego siebie się zmieniają. Trudno utożsamiać się do końca z tekstami, które powstały 20 lat temu.

RM: „Sieć Indry” to album owiany pewną dozą mistycyzmu. Czy inspiracji do tworzenia szukasz nie tylko wśród tego, co cię otacza wśród rzeczywistości, ale również wśród sfer mistycznych czy nawet duchowych?

GK: Duchowość jest nieodłączną częścią naszego życia. Kiedy potrafi się sięgnąć do strefy wiecznie bijącego źródła, to powstają najlepsze rzeczy, które wykraczają poza rzeczywistość i poza oczywistości

RM: A niekiedy inspiruje cię twoje otoczenie. Z tego powodu też powstał utwór „Sycylia”. Nie jest tajemnicą, że tam właśnie mieszkasz. Jak na ciebie wpływa to miejsce?

GK: Mieszkam tam już z przerwami prawie 7 lat i cały czas to miejsce mnie zachwyca. To był świadomy wybór, ponieważ po raz pierwszy 10 lat temu, znajdując się na Sycylii, stwierdziłem, że tam wszystko mi odpowiada. Są właściwe proporcje pomiędzy naturą, życzliwością ludzi, ciepłym morzem, dobrym jedzeniem. Najważniejszą rzeczą jest jakieś niezwykłe poczucie wolności, które tam mam. Gdybym miał to skontrastować z Polską, to przyjeżdżając do Polski czuję, że tu jest cały czas napięcie, cały czas, mimo tych wszystkich przemian, jest niepotrzebna nerwowość, natomiast tam tego nie ma. Dzięki temu czuję się swobodniej i wydaje mi się, że bardziej odpoczywa i głowa, i ciało.

RM: Czy pisanie po polsku jest dla ciebie taką kotwicą, która sprawia, że wbrew temu co śpiewasz – nie „zapominasz o Warszawie”, nie zapominasz o Polsce?

GK: Po pierwsze znam lepiej język polski niż jakikolwiek inny. Jest dla mnie po prostu plastyczną materią, z którą mogę lepić frazy. Nie odważyłbym się tego robić w innym języku, na przykład włoskim, który też trochę znam. Czy jest kotwicą? Właśnie chciałem powiedzieć, że ostatnio nawiązała się zażyła znajomość, nawet koleżeństwo, pomiędzy mną a gitarzystą zespołu Public Image Ltd, czyli tego zespołu, w którym śpiewa były wokalista Sex Pistols, John Lydon. Był u mnie na Sycylii, słuchaliśmy dużo tej nowej płyty. Powiedział, że gdybyśmy grali za granicą, to nigdy, przenigdy, nie mam się decydować, żeby śpiewać po angielsku, tylko wyłącznie po polsku. To jest niezwykła wartość. To są takie frazy, to jest takie brzmienie, że po prostu wyrzucając to, odebrałbym tej muzyce serce, urok i czar.

RM: Dlaczego się nie dograł?

GK: Było więcej zabawy niż pracy tak mogę powiedzieć. (śmiech)

RM: Mieszkasz daleko od reszty zespołu. Jak udaje ci się utrzymać te relacje wewnątrz zespołowe na takim dobrym poziomie?

GK: W momencie, kiedy nagrywamy płytę, czyli tak jak było teraz w przypadku „Sieci Indry” i też pozostałych płyt – przyjeżdżam na wielodniowe sesje do studia w Bydgoszczy i przez kilkanaście dni jesteśmy razem w studiu. Nagrywamy improwizowane sesje od razu jakości studyjnej. Potem biorę ze sobą na Sycylię ślady na bazie których są robione piosenki. Mamy przez ten czas nieustanny kontakt telefoniczny, mailowy, „wetransferowy”, a jednocześnie gramy sporo koncertów. No więc jestem w Polsce przynajmniej raz w miesiącu. Mieszkając przez wiele lat w Warszawie, mając zespół w Bydgoszczy, dojeżdżałem z Warszawy do Bydgoszczy 3,5 godziny, a dzisiaj samolot z Katanii do Warszawy leci 2,5 godziny, także mam godzinę do przodu :). Nie jest to naprawdę żadna przeszkoda, nie mam żadnego poczucia emigracji, izolacji czy czegoś takiego. Mam natomiast poczucie spokoju i komfortu w tym miejscu, w którym mieszkam. Polska mnie tam nie rozprasza.

RM: Jako że Radio Famka jest związane ze środowiskiem studenckim, to chciałbym zapytać, czy zauważasz, że jest pewna zmiana pokoleniowa, że tej muzyki słuchają też ludzie młodsi?

GK: Wiesz co, naprawdę trudno mi powiedzieć. Natomiast mogę powiedzieć, że na nasze koncerty chodzą nasi rówieśnicy, chodzą ludzie młodsi i jest bardzo duża grupa ludzi, dwudziestokilkuletnich. I ten przekrój wiekowy zauważam. Jak oni to odbierają, no trzeba by było ich zapytać.

RM: Dziękuję ci bardzo za rozmowę. Życzę dobrego koncertu oraz jutro - miłego lotu do Sycylii.

GK: Dziękuje bardzo.

op. Robert Manderla

fot. Robert Manderla

Posłuchaj rozmowy w linku poniżej